Brak wydarzeń w kalendarzu
N Pn Wt Śr Cz Pt So
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31

Odwiedza nas 70 gości oraz 0 użytkowników.

STACHURA

         Gdy dzisiaj spytamy się młodego człowieka, co mu mówi nazwisko Stachura, wzruszy pewnie ramionami i powie: nie słyszałem. Ktoś inny może powie: jest taka aktorka o tym nazwisku. A mnie chodzi nie o aktorkę, a o Edwarda Stachurę, pisarza, poetę, barda, który żył w czasach, które do Niego nie pasowały i On do nich nie pasował. Edward był trochę hippisem ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie chciał poddać się rygorom socjalistycznego państwa, gdzie każdy miał swoje miejsce wyznaczone przez „zdrową siłę narodu". Każde odstępstwo od tej zasady było podejrzane lub wręcz ideologicznie wrogie. Stachura nie walczył, nie kroczył na czele strajkujących robotników, nie tolerował przemocy z żadnej strony. Czasami zachowywał się jak dziecko, które nie rozumie spraw dnia codziennego. Dla Niego każdy dzień tygodnia był taki sam, nie rozumiał naszej pogoni za dobrami materialnymi, nie uznawał konwenansów. Był inny. 

 

 

            A jednak słuchaliśmy Jego wierszy, Jego piosenek, choć może należałoby powiedzieć pieśni, bo teksty tak dalece odbiegały od lekkości twórczości tamtych czasów. Słuchaliśmy, ale nie rozumieliśmy…

         Znałem Edwarda Stachurę. Pierwszy raz zetknąłem się z Nim w roku chyba 1972 na spotkaniu w Bibliotece w Jadowie, prowadzonej wtedy przez Jadwigę Mikulską. Ciocia Jadzia (była moją ciotką ze strony mojej Mamy, też Mikulskiej z domu) organizowała spotkania literackie, które były formą wsparcia pisarzy i poetów, szczególnie młodych, którym trudno się było przebić przez skorupę Iwaszkiewiczów, Brandysów oraz instytucję z ulicy Mysiej w Warszawie. Oczywiście takie spotkania, które były formą promocji, odbywały się w całym kraju, w klubach, domach kultury, szkołach, itp. Pamiętam wielkie zdziwienie, gdy pojawił się przed naszym niewielkim zgromadzeniem w wyszarzałym dżinsowym garniturku z gitarą na ramieniu. Potem opowiadał i śpiewał: Białą lokomotywę, Dwa teatry... 

         Następne spotkanie było w Urlach w naszym klubie. Było tak samo, tyle tylko, że widzów było więcej i w dodatku młodych. To chyba była sobota, lato, a więc czas ognisk nad Liwcem i beztroskich zabaw wieku pół dojrzałego. Stachura zakończył spotkanie i ... został. Potem jeszcze wiele razy bywał na naszych ogniskach, na których lało się wino "patykiem pisane", niosły się po liwcowej wodzie nasze piosenki z nieśmiertelnych hymnem Urli na melodię marynarskiej pieśni: „Urle, nasze Urle, będziem ciebie wiernie strzec, mamy rozkaz cię utrzymać, albo na dnie, na dnie Liwca lec...”. I w to wszystko wkręcała się liryka Stachury, początkowo podziwiana, potem irytująca. Teraz, po latach, wiem, że nie dorośliśmy do Stachury. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że dotykamy kogoś niepowtarzalnego, kogoś, kogo nie trzeba było szukać po świecie, po Paryżach, Londynach czy Nowych Jorkach. Edward sam do nas dotarł, niestety, byliśmy zamknięci na Jego twórczość. Może dlatego, że była tak blisko, na wyciągnięcie ręki.

         Po całej sobotniej beztrosce, a potem po niedzielnym odsapie, przychodził czas tygodniowej pracy. Niektórzy z nas jeszcze się uczyli, więc pojechali do szkół, inni do pracy. Byli oczywiście „trwale uchylający się” ale i ci gdzieś się w poniedziałki chowali. Ja miałem pracę w Urlach. Edward musiał o tym pamiętać, sam mu powiedziałem czym się zajmuję. W któryś poniedziałek, tuż przed południem, gdy w letnim skwarze spawałem jakąś kratę umorusany jak kominiarz, nagle zobaczyłem Stachurę jak idzie ku mnie z uśmiechem, w tym garniturku, o którym już wspomniałem, z gitarą. Powiedział coś, co utkwiło mi w pamięci: "idę pograć i pośpiewać nad Liwiec, pójdziesz ze mną?”. Patrzył mi w oczy, a ja z palnikiem w jednej ręce i maską w drugiej powiedziałem, że nie mogę. On tego nie zrozumiał, Jego oczy szukały tamtego mnie z sobotniego ogniska nad Liwcem, a już byłem poniedziałkowym pracusiem od 7 rano. „No, to cześć” - powiedział i poszedł. 

         Spotkałem Go jeszcze raz na stacji w Urlach, gdy czekałem na kogoś miłego. I znowu szedł ku mnie z tym swoim dziecinnym uśmiechem, i znowu powtórzył: „idę pograć i pośpiewać nad Liwiec, pójdziesz ze mną?”. I tym razem odmówiłem. Teraz po tylu latach, myślę, że Edward wyczuwał we mnie trochę wrażliwszego człowieka. Choć z natury był samotnikiem, może potrzebował jakiegoś towarzysza. Był takim Robinsonem na wyspie niezrozumienia, a ja miałem może szansę być Jego Piętaszkiem...

         Więcej go nie spotkałem. W roku 1979 Edward Stachura popełnił samobójstwo.

         W jego pamiętnikach znalazłem dwa fragmenty dotyczące pobytu w Urlach. Może jest ich więcej?

 27 czerwiec 1973 rok

Nad rze­ką Li­wiec pod miej­sco­wo­ścią Urle. Jest nie­sa­mo­wi­cie ła­god­nie. Ła­god­ność taka tę­sk­na, że nie ma słów. Nie­opi­sa­na. Spró­bu­ję ją opi­sać. In­nym ra­zem.

Ką­pa­łem się. Czy­sta, cie­pła woda. Płyt­ko bar­dzo. Tam, gdzie nurt do bio­der. Kie­dy sze­dłem brze­giem i mi­ja­łem mał­żeń­stwa dziet­ne i bez­dziet­ne, z sa­mo­cho­da­mi lub bez, kie­dy sze­dłem tak nie­sa­mo­wi­cie sa­mot­ny – dum­ny by­łem, że nie je­stem do nich po­dob­ny. Do ta­kich lu­dzi. Lecz do in­nych. NIE Z TEJ ZIE­MI JAK­BY.

Ten słyn­ny za­pach so­sno­wych za­gaj­ni­ków, igli­wia le­śne­go na­grza­ne­go słoń­cem.

Wie­czo­rem wy­sko­czy­ła mi aler­gia na twarz, wczo­raj w Wo­ło­mi­nie też. Wzią­łem wap­no i szyb­ko prze­szło. Te­raz w szko­le je­stem w Urli. Tu no­cu­ję. Cie­pła, dusz­na tro­chę noc. W Ło­dzi też się za­czę­ła po­ja­wiać aler­gia, kie­dy pa­trzy­łem, jak tych dwóch mi­li­cjan­tów bije pi­ja­ne­go.

Do­cho­dzi pierw­sza nad­ran­na. Jest le­piej już.

28 VI [19]73. Czwar­tek. Nowy Dzień.

Od rana nad rze­ką Li­wiec. W po­łu­dnie ro­dzi­ny za­czę­ły opusz­czać oby­dwa brze­gi rze­ki, uda­jąc się na obiad. Cień prze­su­wa się wol­no wko­ło­krąg drzew. Z drzew lecą li­ście.

1500. W re­stau­ra­cji miej­sco­wej, o na­zwie oczy­wi­ście „Urlan­ka”, pi­ja­ni fa­ce­ci kła­dą brud­ne swo­je łapy na po­ślad­kach ko­bie­cych, stroj­nych w mi­ni­ma­lia.

W p-po­ża­ro­wej, że­la­znej, czer­wo­nej becz­ce woda była, choć ko­lo­ru żół­to­zie­lo­ne­go. Więc woda była, jaka by nie była, ale ba­ra­ki już były spróch­nia­łe do­szczęt­nie i kie­dy, nie daj Boże, za­pie­je czer­wo­ny kur, ten, któ­ry pierw­szy chwy­ci bo­sak, zo­ba­czy, jak ten­że roz­sy­pu­je mu się w dło­niach.

Noc nad Liw­cem. Nie­opi­sa­na. Noc­ny plusk wody i inne nowe od­gło­sy. I ci­cho. Pu­sto.