Pielgrzymka

Pielgrzymka

 

Wyjeżdżamy z Tłuszcza o 23-ciej. Cóż, pielgrzymka to nie wycieczka i trzeba w nią włożyć trochę trudu. Spanie w autokarze nie należy do rzeczy łatwych, a z moimi długimi nogami, to katorga. Ale jakoś się układam. Na wznak się nie dało, ale że nie siedzę przy oknie, wyciągam nogi na środek autobusu i usiłuję zasnąć leżąc-siedząc na lewym boku. Niestety, po drodze dosiadają się inni pielgrzymi, toteż dopiero za Warszawą lekko przysypiam.

            Postój mamy koło eleganckiego motelu zbudowanego w stylu ludowym. Już niedaleko do Częstochowy. Na Jasnej Górze jesteśmy koło 4-tej rano. Chciałem zrobić zdjęcie zegara na wieży, ale pomyślałem sobie, że i tak mi nikt nie uwierzy, ze byłem tam tak rano. O 16-tej zegar wygląda tak samo. Idziemy do kaplicy Matki Boskiej, jest prawie pusto, tylko kilka osób modli się, a może przysypia. Oczy same się kleją, zapadam w sen w nieodpowiednim miejscu; co sobie o mnie pomyśli Matka Boska? Ale połowa naszej pielgrzymki kiwa się w ławkach – duch mocny, ale ciało chce snu.

            Przed 6-stą Kaplica się trochę zapełnia, za chwilę odezwą się trąby i zostanie odsłonięty Cudowny Obraz. Zawsze czuję wtedy wzruszenie. Cóż, Jasna Góra łączy się mocno z moimi osobistymi sprawami, mam za co dziękować Matce Bożej.

Uczestniczymy w Mszy św. Potem idziemy na wały, na Drogę Krzyżową. Robi się ciepło, a gdy wyjeżdżamy z Częstochowy jest już upał.

                Następny przystanek – Oświęcim. Chciałem zostać w autokarze, bo kiedyś już tu byłem i ciężko przeżyłem te chwile, ale jednak przełamałem się, poszedłem. I rzeczywiście tym razem było trochę inaczej. To już nie jest obóz koncentracyjny, to muzeum. Ze wszystkimi prezentacjami wizualnymi, multimediami, słuchawkami, mikrofonami i przewodnikiem, który opowiada po raz tysięczny o niesłychanych zbrodniach bez emocji. Dla mnie to było smutne, to miejsce powinno się oglądać samemu. Zatrzymać się tam, gdzie masz ochotę, obejrzeć miejsce, które do ciebie przemawia w sposób szczególny, wrócić się raz, może dwa. A my przechodzimy od budynku do budynku, od celi do celi bombardowani wiadomościami, których nie jesteśmy w stanie spamiętać. Proszę szybciej, bo już zbliża się następne stado zwiedzających. Pośpiech – tego w tym miejscu nie powinno być. Do tego narastający upał.

            Mnie i jeszcze pani z Pólka kazano (nie wiadomo dlaczego) odnieść plecaki do przechowalni. Czyżbyśmy wyglądali podejrzanie?

            Wychodzimy spoceni, ale to jeszcze nie koniec. Jedziemy do Brzezinki. Następna porcja okropności, zbrodni zaplanowanej w najdrobniejszych szczegółach, zbrodni dokonywanej systematycznie, można powiedzieć taśmowo. Wychodzę wcześniej, jest za gorąco. Ktoś mówi, że jest 37 stopni w cieniu. Tylko gdzie jest ten cień?

            Zastanawiam się o czym myślą Niemcy, którzy zwiedzają te obozy? Na wielu młodych twarzach widziałem łzy, czy myślą o swoich dziadkach, którzy „wykonywali rozkazy”? Wiem jedno, gdybym był Niemcem uklęknąłbym przed bramą i prosił o wybaczenie.

            Opuszczamy Brzezinkę w ogromnym skwarze, w autokarze jest sauna. W czasie jazdy jest znośnie, nie wiem czy to klimatyzacja czy tylko nawiew. Dojeżdżamy do Kalwarii Zebrzydowskiej. Warunki noclegowe są takie bardziej spartańskie – sześcioosobowy pokój, trzy panie i trzech panów, w tym ja. Inni mają jeszcze gorzej, ale ubikacja i prysznic są blisko. Cóż, pielgrzymka, a więc potrzeba trochę umartwienia.

            Organizator proponuje niewielki odpoczynek i … dróżki Matki Boskiej. Pielgrzymka buntuje się, wszyscy są wykończeni. Dróżki zostawiamy na jutro, ruszamy o 6-stej rano, a więc pobudka o 5-tej. Zasypiam jak kamień…

            Niestety, 5-ta godzina jest już za chwilę… Spanie było płytkie, przerywane. Kobiety krążą już od 4-tej. Całkowity brak delikatności wobec śpiących współlokatorów – cierpię w milczeniu. Robimy sobie śniadanie indywidualnie, co kto ma, wspólny jest tylko wrzątek. Przed szóstą ruszamy pod kościół z naszym gospodarzem, który jest jednocześnie świeckim przewodnikiem po dróżkach. To rodzinna tradycja przechodząca z ojca na syna. Mamy przed sobą 7 km drogi po wzniesieniach. Niektóre są dosyć strome, a upał szykuje się niewąski.

            Jest piękny poranek, a dróżkowy szlak przypomina park. Tylko to palące słońce na odsłoniętych odcinkach daje się we znaki. Po trzech godzinach zapał w pielgrzymach wygasa, każdy marzy tylko o cieniu i zimnych napojach. A to dopiero trochę ponad połowa drogi.

Odpoczywamy. Każdy siada gdzie może, ale za chwilę idziemy dalej. A raczej wleczemy się. Zaczynam zazdrościć tym, którzy zostali w domu… Wreszcie zatrzymujemy się na dłuższy postój przed wysoką, stromą górą. Leży tam trochę kamieni i przywodzi mi na myśl Kriżewac w Medjugorie. Wdrapujemy się. Po pięciu godzinach wracamy skonani do naszego „hotelu”.

            O 13-stej idziemy na Mszę św. W kościele jest duszno, przed kościołem gorąco i parno, nie wiadomo co lepsze. Po Mszy idziemy na obiad do Domu Pielgrzyma. Kompleks budynków pięknie odnowiony, restauracja, kawiarnia, sklepik z pamiątkami. W środku przyjemny chłód, ale to tylko złudzenie, po prostu jest kilka stopni mniej niż na dworze. Obiad dosyć smaczny, szkoda tylko, że nie ma wina.

            Wracamy i od razu czeka nas niespodzianka. Organizator nie licząc się z naszym zmęczeniem proponuje drugą część „dróżek”. Większość nie ma na to ochoty, więc zostaje postanowiona modlitwa „na stołówce”.

            Brakuje nam kilku podstawowych produktów. Musimy wziąć jutro kanapki, a nie mamy chleba. Niedaleko jest sklepik, ale chleba w niedzielę brak. W dole widzę miasto, ale droga do niego szosą jest dosyć daleka. Na zdrowy rozum powinna być jakaś krótsza droga na skróty, po prosu bardziej stroma. Usiłuję się dowiedzieć, ale gospodarz jakby nie słyszy. W końcu decyduję się – idę, podjąłem męską decyzję narażając się modlącym. Idzie ze mną małżeństwo z Jasienicy. Bardzo szybko trafiamy na stromą ulicę i po 15 minutach jesteśmy w mieście. Sklepy otwarte, klimatyzowane, inny świat. Jest niewielki market. Biorę koszyk, jest chleb, kupuję jeszcze parę rzeczy i czerwone wino Carlo Rossi. Powrót na górę jest ciężki, po drodze widzę elektroniczny termometr – jest 38 stopni w cieniu!

            Nasza pielgrzymka w dalszym ciągu się modli, przemykamy się ścigani mało życzliwymi spojrzeniami, szczególnie na mnie patrzą jakbym siedem kościołów spalił, a o ósmym myślał.

            Wieczorem kolacja, prysznic i rozmowy przed snem. Zaczynamy poznawać się nawzajem, znajdujemy wspólnych znajomych. Są sympatie i lekkie zgrzyty. Jesteśmy (tak jak chce organizator) jedna dużą rodziną. A w rodzinie różnie bywa.

            Sen jakoś nie chce przyjść. Jest duszno, nie ma wiatru, gdzieś na południu trochę się błyska. A przecież jutro o szóstej Msza, a o ósmej wyjazd do Zakopanego.

            Kobiety robią pobudkę już o 4.30. Nikt się nie liczy ze śpiącymi, mnie dosłownie chodzą po głowie, bo łóżko mam przy drzwiach. Jestem trochę zły, ale staram się to okazywać z humorem. Tęsknię za swoim łóżkiem…

            O 6-stej jak wspomniałem jesteśmy w kościele. Przy dźwiękach muzyki jest odsłaniany cudowny obraz, jak na Jasnej Górze. Wracamy. Już jest 25 stopni. Jemy śniadanie i jedziemy do Zakopanego.

Zakopane. Magiczne miejsce, działa na wyobraźnię, a pobyt tam nobilituje każdego Polaka. Już wyobrażamy sobie spacer po Krupówkach… Nic bardziej błędnego, w programie organizatora Krupówek brak.

Ale na razie jedziemy do Ludźmierza. Piękny, zabytkowy kościół z tradycjami, oszpecony od zewnątrz kiczowatymi obrazami i rzekomo stylizowanym ołtarzem polowym. Za kościołem Ogród Różańcowy wzorowany na japońskich parkach i Brama Wiary z dzwonem. Przez tę bramę każdy wierzący musi przejść i zadzwonić. Jak dzwon pamięci w Hiroszimie. Coś tu trąci zabobonem. To oczywiście moje zdanie.

Mamy mnóstwo czasu i czekamy nie wiadomo na co. Wreszcie jedziemy… na Słowację! Tego nie było w programie, więc nie wziąłem dowodu osobistego. Nie lubię jeździć z dowodem, bo już parę razy zgubiłem. Zawiadamiam organizatora, który nic z tego sobie nie robi. Wkrótce dowiaduję się dlaczego. Jedziemy tuż za granicę do sklepu, gdzie jest trochę taniej. Pielgrzymi ruszają hurmem i zaraz wracają obładowani kartonami z miną zwycięzców. Za chwilę brakuje w sklepie kartonów, biegną więc do sąsiedniego. Nie muszę mówić, co jest głównym kupowanym towarem – czuję zażenowanie.

Oczywiście nikt nie kontrolował dowodów. Wracamy syci wrażeń na polską stronę. Dojeżdżamy do Zakopanego i wysiadamy przy kościele na Krzeptówkach.

Piękna budowla, ale znowu mamy ogromnie dużo czasu. Większość szwenda się po okolicy, o której odjazd – nie wiadomo. Wreszcie zbieramy się przy autokarze, są jakieś zgrzyty w sprawie obiadu, ale siadamy i jedziemy. Przejeżdżamy przez całe Zakopane, ale Nazaretanki, u których mamy obiad są całkiem gdzie indziej. Błądzimy, a nad Zakopanem zaczyna grzmieć. Wreszcie docieramy, już w strugach deszczu i przy huku gromów.

Obiad smaczny, jest kawa, kisiel z jabłek. Wciąż grzmi, ale jedna z sióstr mówi, ze „zarozki się przetrze”. I rzeczywiście, gdy podjeżdżamy na parking już jest ładnie. Następuje narada, nie wszyscy chcą wjechać na Gubałówkę, która jest w programie, chcą na Krupówki. Biję się z myślami, ale w końcu zwycięża Gubałówka. Na Krupówkach jest za dużo góralskich wyrobów „made in China”.

Wjeżdżamy na Gubałówkę. Kiedyś było tu zupełnie inaczej, jedynymi atrakcjami na górze było zdjęcie na tle Tatr z białym „miśkiem”, kubek roztrzepańca (zsiadłe mleko ze śmietaną) lub poziomki ze śmietaną z cukrem. A dzisiaj… kupujemy po małym piwie i kontemplujemy widok Giewontu. Takie są znaki czasu…

Wracamy do Kalwarii. Niestety po drodze łapiemy „gumę” i mamy ponad godzinę postoju. Kierowca myli drogę i przyjeżdżamy już po 22. Nasz „hotel” jest zamknięty na głucho. Nie wiadomo co robić, stoimy z pół godziny. Wreszcie gospodarz otwiera, zdziwiony że wróciliśmy. Czyżby miał nadzieję, że porwali nas kosmici? Jutro jedziemy do Krakowa i do domu.

Rano powtórka wczorajszego dnia. O szóstej Msza św. potem śniadanie, pakowanie toreb, plecaków, walizek i do autokaru. Jeszcze podziękowanie naszemu gospodarzowi. Znowu mam mieszane uczucia. Z uczuciem ulgi opuszczam to miejsce, ale chciałbym tu jeszcze kiedyś przyjechać. Zamieszkać w domu pielgrzyma i przejść dróżki w małym gronie, z rodziną.

Jedziemy do Tyńca. Historia miesza się ze współczesnością, mury z XIII wieku i prezentacje multimedialne. Robię parę zdjęć, zaglądam do sklepiku z benedyktyńskimi wyrobami, niestety, ceny nie na moją kieszeń – pół litra „benedyktynki” 119 zł. Zgroza.

Teraz Łagiewniki. Ukoronowanie naszej pielgrzymki. Upał straszny, duszno, na pewno będzie burza. Kilku osobom robi się słabo, odpadamy od głównej grupy i czekamy przy autokarze. Kilka kilometrów od nas jest Wawel, Rynek, Sukiennice i cały piękny Kraków, a my czekamy w spiekocie. Na co? Nie bardzo wiem. Mamy wolny czas, z którym nie wiadomo co zrobić.

Wreszcie jest Wawel. Mamy przewodnika po Katedrze. Oglądamy historię naszego państwa, zainteresowanie jest powiedzmy, średnie. Wciąż pada pytanie: kiedy dojdziemy do Kaczyńskich? Dzwon Zygmunta, tak, to przecież on wtedy dzwonił. Mickiewicz, Słowacki, Piłsudzki, kto to taki? Wreszcie jest! Cel naszej wędrówki, zdjęcia, modlitwa. Cudzoziemcy spoglądają na nas ze zdziwieniem. Cóż, to Polska właśnie…

Wychodzimy na zewnątrz, nad Wawelem grzmi i błyska, ale idziemy w stronę Rynku, mijamy go i dochodzimy do Kościoła Mariackiego. Mamy 20 minut na obejrzenie dzieła Wita Stwosza, na dworze (lub jak tam mówią, na polu) jest burza. Autokar ma stać przy Placu Matejki, ale organizator prowadzi nas w przeciwnym kierunku, mimo, że zwracam mu uwagę, nie słucha. Ostatecznie przecież wiem gdzie to jest, mimo, że minęło tyle lat. Przy przeciwległym krańcu Rynku pyta się kogoś i oczywiście wracamy w stronę Floriańskiej. Już jesteśmy przy Placu, ale autokaru nie ma. Znowu czekamy godzinę.

Nad Krakowem szaleje burza, gdy autokar nadjeżdża zaczyna się wyścig. Przed burzą „krakowską” uciekamy, ale w okolicach Kielc drogę nam przecina potężna burza, a jej zachodni kraniec towarzyszy nam aż do Radomia. Jedziemy w strugach deszczu, a po prawej widać błyskawice i pioruny. Za Radomiem uspokaja się, ale nad Warszawą błyska coraz bardziej, potem burza przemieszcza się w stronę Tłuszcza, Sulejowa, Urli. Pan Suchenek i Agnieszka wyjeżdżają po nas w środku ogromnej burzy. Dojeżdżamy do Tłuszcza, żegnamy się w pospiechu w świetle błyskawic. Dobrzy ludzie dowożą nas do Sulejowa, a pod kościołem czeka Agnieszka. Czeka dosyć długo, nawet policja interesowała się co tam robi w środku nocy.

Wreszcie… dom.

I postanowienie: nigdy więcej. Ale kto wie…

 

           

   
© Chatka Kubatka