TROCHĘ HISTORII O ZIOŁACH

 

Zielarstwo jest stare jak świat. Człowiek pierwotny nie chorował co prawda na tyle chorób, co my współcześni, ale niewątpliwie miewał bóle żołądka i biegunki (po zjedzeniu nieznanych sobie owoców), przeziębiał się i cierpiał z powodu odniesionych ran. Zapewne metodą prób i błędów odkrył rośliny jadalne, trujące i lecznicze. Dzisiaj wiemy, że także rośliny trujące mają właściwości lecznicze, jednak należy je stosować ostrożnie. Niektóre np. w dużym rozcieńczeniu. Są to leki homeopatyczne. Oczywiście nasz protoplasta nie miał o tym pojęcia, a jakimi roślinami się leczył, raczej się nie dowiemy.

Pierwsze zapisy o roślinach leczniczych pochodzą z Babilonii, Chin, Indii i Egiptu, a więc stamtąd, gdzie jest kolebka cywilizacji. Cywilizacja charakteryzuje się gównie tym, że pokolenia przekazują sobie osiągniętą wiedzę przy pomocy pisma. Następne pokolenie tylko udoskonala zdobycze poprzedniego. Niestety w dziedzinie zielarstwa ten przekaz był szczątkowy, gdyż niektóre rośliny były uważane za czarodziejskie, a recepty objęte tajemnicą. Toteż np. korzeń żeń-szenia Europa poznała dopiero na początku XVII wieku, podczas gdy w Chinach był stosowany od niepamiętnych czasów, ale pilnie strzeżony.

Już ok. 2700 roku p. n. e. chiński cesarz Shen Nung opisał 365 roślin, z których część używana jest do dzisiaj, np. żeń-szeń, rabarbar, herbata, a także ryż, pszenica, jęczmień i proso. Lekarz grecki, Hipokrates (ten od lekarskiej przysięgi), opisał w IV w. p. n. e. 236 roślin, a inny z czasów Nerona – 600. Galen, który rozpowszechnił wiele nowych leków, żył w II w. p. n. e. i do dzisiaj część przetworów lekarskich nazywamy preparatami galenowymi. Na tych podstawach ziołolecznictwo przetrwało z niewielkimi udoskonaleniami aż do XIX wieku, gdy wraz z postępem w dziedzinie chemii, nastąpił jego zmierzch. Leki syntetyczne działały szybciej, były łatwe w użyciu i wydawało się, że wreszcie znaleziono panaceum (lek na wszystkie choroby). Na szczęście zachłyśnięcie się syntetykami trwało stosunkowo krótko. Ludzie wrócili do ziół, które są teraz najważniejszym składnikiem medycyny naturalnej.

Ludzie, jak napisałem, wrócili. Natomiast lekarze przez długi czas nie uznawali ziół za lekarstwa. Najwyżej za jakiś środek wspomagający. Przez wiele lat słowo „znachor” było synonimem niedouczonego lekarza lub wręcz przestępcy wykorzystującego ludzką naiwność. Na wieść, że taki znachor wyleczył kogoś z nieuleczalnej choroby, lekarze odpowiadali krótko: przypadek. W latach 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku do tych „szarlatanów” ustawiały się długie kolejki. Wreszcie po wielu latach medycyna naturalna znalazła godne miejsce i paradoksalnie, teraz jest pole do popisu dla różnych oszustów, proponujących cudowne lekarstwa. Składniki tych „lekarstw” są oczywiście tajemnicą, ale z dużym prawdopodobieństwem można powiedzieć, że jest tam woda, alkohol i różne gorzkie zioła zaprawione cukrem. Nie pomoże, nie zaszkodzi, a jeśli zaszkodzi, to tylko na zawartość portfela.

Medycyna naturalna, to dzisiaj bardzo szerokie pojęcie, jest to wiedza o tym, jak zapobiegać chorobie i jak leczyć nie szkodząc innym zdrowym organom. Leki syntetyczne bowiem, pomagają na jedno, ale szkodzą na coś innego. Niestety, w chwili obecnej nie da się ich całkowicie wyeliminować, ale może po perypetiach z refundacją leków chorzy jeszcze bardziej zwrócą się do ziół, które (o czy nie wiemy) rosną pod płotem, a są skuteczne na naszą przypadłość. Mają tylko tę wadę, ze działają powoli i trzeba je stosować regularnie przez dłuższy czas. No i proces przygotowania, zbieranie we właściwym czasie, suszenie, przechowywanie, parzenie… A to już jest problem w naszym zabieganym świecie, o ileż prościej wziąć tabletkę, nawet jeżeli jest droga i szkodzi na wątrobę…

Medycyna naturalna to nauka, która szuka sobie miejsca na uczelniach medycznych (o ile wiem, w Polsce jeszcze nie znalazła). W jej skład wchodzą następujące działy: fitoterapia czyli leczenie ziołami w sposób tradycyjny (napary, odwary, nalewki, syropy), gemmoterapia, która stosuje świeże pąki roślin w postaci maceratów (wyciągów na zimno), floroterapia, która leczy wyciągami z kwiatów, aromaterapia (leczenie olejkami eterycznymi), fitibalneoterapia (ziołowe kąpiele), apiterapia (leczenie produktami pszczelimi, takimi jak miód, propolis, mleczko pszczele itp.). Do medycyny naturalnej zalicza się też homeopatię (leczącą rozcieńczonymi truciznami), a także akupunkturę i masaże lecznicze (mniej lub bardziej wiarygodne, np. metoda „Shiatsu” , coś jak akupunktura wykonywana przy pomocy palców). Są jeszcze inne działy, trochę mniej popularne, jak hydroterapia (leczenie zimną wodą), urynoterapia (leczenie własnym moczem) czy budząca kontrowersje irydologia (odczytywanie schorzeń z tęczówki oka).

Ja zaliczyłbym także do medycyny naturalnej ruch na świeżym powietrzu i rozsądnie uprawiany sport, a także racjonalne odżywianie się. Myślę, że praca w ogrodzie też może leczyć, a praca w ogródku zielarskim - na pewno. Mam to szczęście, że mieszkam na wsi, w otoczeniu roślin, z których wiele jest leczniczych. Większość rośnie "dziko", a niektóre posadziłem własną ręką. Na zdjęciu jedna z nich, kwitnący arcydzięgiel litwor - roślina, o której napiszę później.

Z zielarstwem wiąże się wiele nauk, chemia, biologia, a także astronomia. Nie ulega wątpliwości, że Księżyc ma wpływ na ludzi, zwierzęta i rośliny. Zioła mają największą wartość wtedy, gdy są zbierane w pierwszą noc pełni lub też przed nią, przed wschodem słońca. Wiedziały o tym wiejskie znachorki,      a że z nocą wiązano złe moce, stąd nie najlepsza opinia i miano „czarownic”, które przylgnęło do nich na długie lata i stało się przyczyną niejednej męczarni     i śmierci na stosie. Dzisiaj mamy to na szczęście za sobą, ale też prawie nikt nie zbiera ziół podczas pełni.